W Gdańsku detektyw jest anonimowy — w tłumie nikt nie zwraca uwagi na kolejną osobę na przystanku. W Słupsku jest odwrotnie: ryzykiem numer jeden nie jest zgubienie obserwowanego, tylko dekonspiracja. Miasto ma niespełna dziewięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, ludzie się znają, a ten sam samochód zaparkowany drugi dzień z rzędu pod tym samym blokiem zostaje zauważony przez sąsiadów szybciej niż przez obserwowanego.
Dlatego w sprawach słupskich pracujemy inaczej:
- Rotujemy pojazdy i detektywów. Ten sam człowiek nie pojawia się w tej samej lokalizacji dwa razy pod rząd.
- Obserwujemy rzadziej, ale celniej. Zamiast dziesięciu dni ciągłego czuwania ustalamy wzorzec tygodnia i wychodzimy w teren w tych oknach czasowych, w których faktycznie coś się dzieje.
- Zakładamy scenariusz „ktoś nas rozpozna”. W mieście, w którym łatwo o przypadkowego znajomego, przygotowujemy legendę i drogę wyjścia z sytuacji, zanim wyjedziemy w teren.
- Uwzględniamy sezon. Latem trasa Słupsk–Ustka zmienia się nie do poznania. To jednocześnie utrudnienie i okazja — w sezonie łatwiej wtopić się w ruch turystyczny nad morzem.
Ta sama zasada dotyczy Lęborka, Bytowa i Miastka, gdzie skala miasta jest jeszcze mniejsza, a margines błędu odpowiednio węższy. Agencja rozliczająca się z godzin spędzonych w terenie nie ma powodu, żeby tak pracować. My mamy — bo w mniejszym mieście dekonspiracja kończy sprawę i nie da się jej powtórzyć.