W Słupsku detektyw walczy o to, żeby nie zostać rozpoznanym. W Gdańsku ten problem znika — pół miliona mieszkańców to najlepsze przebranie, jakie istnieje. Pojawia się za to inna bariera: coraz więcej życia toczy się za kartą dostępu. Osiedle grodzone na Jasieniu, biurowiec w Oliwie z recepcją i bramkami, parking podziemny, teren portu ze strefą ograniczonego ruchu. Tam obserwacja po prostu się kończy.
Detektyw nie może wejść za kimś przez bramę, nie może naruszyć miru domowego i nie może obchodzić kontroli dostępu — a materiał zdobyty w ten sposób i tak zostałby podważony w sądzie. Dlatego sprawy gdańskie planujemy odwrotnie niż w mniejszym mieście: nie pytamy, gdzie ktoś jest, tylko gdzie musi się pojawić w przestrzeni publicznej — przy wyjeździe z osiedla, na przystanku PKM, przy wejściu do restauracji, na parkingu galerii.
To zmienia harmonogram. Zamiast czuwać pod adresem przez osiem godzin, ustalamy dwa–trzy punkty styku w ciągu dnia i obsadzamy właśnie je. Klient płaci wtedy za godziny, w których faktycznie coś się dzieje, a nie za patrzenie w zamkniętą bramę.